sobota, 2 lipca 2016

17. Mogę już umrzeć?

Z dietą jest okej. Dzisiaj co prawda wpierdoliłam mrozoną kawę, ale zmieściłam się w bilansie. Jeśli wam zależy na liczbach, to odsyłam do tumblra. Ogarniam tam wszystko na bieżąco.

Czuję się jak śmieć. Mój chłopak ma mnie głęboko w dupie i nawet tego specjalnie nie ukrywa. Nikt mnie nie rozumie, z nikim nie mogę porozmawiać szczerze. Nie potrafię zdać prawa jazdy. Wczoraj byłam na imprezie - nie mogłam tańczyć, nie mogłam pić, zjadłam tylko surówkę z ziemniakiem na początku, wódka - zero. Czuję się tak samotna jak nigdy. I gruba, odpychająca... Nie dziwię się chłopakowi, że go obrzydzam. Ciało, twarz, wszystko. 

Nie mam w pobliżu apteki, żeby skoczyć po pieprzone psychotropy. Jutro trzeba wstać, jechać, wrócić. Koleżanka przyjdzie prosić mnie na 18, na którą nie pójdę. Codzienne czynności mnie dobijają. Jeśli jutro będzie tak samo, to nie bede miała wyjścia - nawpierdalanie sie tabletek typu Sudafed w domowym zaciszu. Brzmi zajebiście. Żyję cicho srając, kurwa.

Idź spać.

Może będziesz mieć szczęście.

Może się nie obudzisz.

Nadzieja umiera przedostatnia. 

Następna będziesz ty.







czwartek, 16 czerwca 2016

16. Kogo my tu mamy?

Guten Tag.
Już myślałam, że muszę zakładać nowego bloga, bo głupiutka Rajan nie zapisała sobie hasła do konta. Nie wiem czy mnie pamiętacie. Szczerze powiedziawszy, nawet o to zbytnio nie dbam. Im jestem starsza tym mniej mnie obchodzi ta część internetu. Smutna sprawa. Albo i nie?

Nie wszystkie cele udało i się zrealizować. W sumie nic oprócz czerwonego paska na świadectwie i poprawienia jakości włosów. Jest ich teraz więcej, są zdrowsze, ale i tak wyglądają niczym pędzelki. Mimo wszystko, mała rzecz, a cieszy.

Przede mną klasa maturalna. Fajnie. Już widzę to zakuwanie w wakacje, ale podchodzę do tego z dystansem. Chcę mieć znów świadectwo z wyróżnieniem, żeby dostać stypendium. W dodatku niemieckie, nie wiem ile to dokładnie hajsu, ale dla 200 złotych by takiego szumu nie robili.

Jeśli chodzi o wakacje, to:

  1. Schudnąć i to utrzymać. Stosuję dietę HABC, to znaczy jeszcze mam takie "przygotowanie", czyli odstawienie tego, co śmieciowe i bezwartościowe. A dieta od poniedziałku tego lub następnego. Trudny wybór.
  2. Awans w pracy. Cel niekoniecznie na wakacje, ale ogólnie, na cały rok szkolny. 
  3. ĆWICZENIA. CODZIENNIE. Na razie ćwiczę Turbo spalanie Ewki i Turbo ABS, razem godzina. Latem pewnie rolki, najlepiej by było, jakby bieganie lub jakieś ćwiczenia. 40 minut dziennie, wyjątkiem niedziela, 
  4. Codziennie 1 h historii minimum, maksymalnie 3 h. Poza tym matma, każdy temat osobno. No i niemiecki - wisienka na torcie. Niemiecka telewizja, przeglądać słówka, rozwiązywać atury, pisać rozprawki. Też 1 h dziennie + jakieś rozmówki z moją siostrą w tym języku.
  5. Wybiorę sobie 3 dni tygodnia na hiszpański i 3 na angielski. 
Od poprzedniej notki sporo się u mnie zmieniło. Mam chłopaka, który częściowo wie o moich zaburzeniach odżywiania i mu to nie przeszkadza. Chciał mi pomóc, bo znamy się i przyjaźnimy już dość długo. Ehh, naiwny człowiecze.

Nie wiem ile ważę. Jutro stanę na "wyroczni". A może wolę żyć w nieświadomości?



niedziela, 4 października 2015

15. Chyba wracam.

Dlaczego jesień jest taka surowa i nie mogę się na niczym skupić. Nic mi się nie chce. Z wyjątkiem jedzenia. Chciałam zrobić sobie przerwę od bloga i pozbierać tony motywacji. W efekcie tylko tony kilogramów i kalorii. Ludzie są niedojebani - widzę po sobie. Ważę ponad, grubo ponad 50 kilogramów. Prawdopodobnie nawet 53 lub 54. Widzę, że jestem gruba. GRU-BA. Płaczę, ale nic z tym nie robię. Zaleta: nie rzygam już od 4 dni. O moich kibelkowych ekscesach opowiem kiedy indziej.

Zawaliłam sprawę z moim przyjacielem. Nie chcę, żeby stało się coś więcej niż powinno.

Jestem gruba. Gruba.Gruba.Gruba.Gruba.Gruba.Gruba.Gruba. Gruba. 

Kupiłam sobie uroczy notesik.

Ostatnim posiłkiem: obiad.
Śniadanie: najczęściej jogurt z owocem lub jajecznica z 1 jajka z pieczywem
Drugie: owoc
Obiad: coś ciepłego, nie jeść na mieście!
Limit: 700 kcal
Ćwiczenia: 30 minut 5 razy w tygodniu


Także ten, nie wiem czy wstyd czy może obojętność jest tu właściwym słowem. Chcę być perfekcyjna, kurde mać. Kończę pisać, przebieram się i do jakichś ćwiczeń, a potem do nauki. 
I can do it, I can do everything whatever I want. Amen.

Zbyt cukierkowe, ale walić to. Czuję, że kiedyś odlecę, wiecie? Tak daleko. A jedynym pytaniem, jakie będzie się nasuwać ludziom pozostanie "Dlaczego?".

środa, 23 września 2015

14. Naucz się od nowa.

I się stało. Czekają mnie wyniki, biorę tabletki, przerwałam głodówkę, rzygam. Zacznę od początku. W poprzednim roku zrobiłam sobie badania, które poszły tak fatalnie, że doktorka zaczęła mi grozić psychologami. Zupełnie bez powodu, wtedy jadłam stosunkowo normalnie. Rodzice jednak nieźle spanikowali, nie dziwię im się w sumie. Ostatnio mama chce te badania powtórzyć przez moje rzekome schudnięcie. Spodnie, owszem, spadają mi już z dupy do tego stopnia, że chyba będę musiała zainwestować w nowe, ale nie przesadzajmy. Głodówkę przerwałam. Niejedzenie niczego minimum 2 razy tygodniowo, po czym jedzenie i znoszenie tego cholernego uczucia. Rzyganie, tradycyjnie już. To już szablonowy opis bulimii, niestety. Wróciła - niech spierdala. 

Biorę tabletki, które mam zażywać w czasie jedzenia. Dzięki temu mogę chociaż trochę poprawić wyniki badań i nie mieć całkowicie przerąbane w domu. Przez rzyganie już wiem, że potas mam w plecy. Jutro wycieczka szkolna. Zrobiłam sobie kanapki, wezmę 2 jabłka i pitny jogurt naturalny. Na śniadanie jakieś musli z jogurtem. Do rozpoczęcia SGD muszę nauczyć się jeść ograniczone ilości i nie rzygać. Nie wiem co niesie ze sobą jutro. Nie wiem co niesie ze sobą SGD. Nie wiem co niesie ze sobą weekendowa waga. Nie wiem co niosą ze sobą kolejne wyniki badań. Ale kolejny dzień to historia pisana od nowa. Chcę otworzyć dziennik i właśnie to zrobić - zapisać kolejny dzień, który zacznie się za 40 minut.


wtorek, 22 września 2015

13. Nie przestawaj

Nie spodziewałam się, że tyle osób pisze się na 4-dniową głodówkę - dziękuję. Moja jest o kawie i herbacie. Kupiłam green coffee, chyba będę ją pić rano, dla pobudzenia. W czwartek jadę na wycieczkę szkolną. Ogólnie cały ten tydzień to jakiś jeden wielki zapierdziel. Tylko sprawdziany, kartkówki, prezentacje. Mało czasu. Jedzenie zabiera czas, prawda?

Strach. Przez ostatnie 2 miesiące unikałam tego słowa jak ognia. S-T-R-A-C-H. Przed wagą, rodzicami, ludźmi. Jedzeniem, rzyganiem, niejedzeniem. Z nim przychodzi najczęściej też kontrola. Boisz się, więc pilnujesz bardziej, proste. Niestety tylko w teorii, a ona zawsze jest łatwa i przyjemna.

Bulimio, wróciłaś? Czy przez ostatnie lata niewystarczająco ze sobą byłyśmy, że teraz odwiedzasz mnie nawet 3-4 razy dziennie? To przez niego? Przez s-t-r-a-c-h? A może to nie Ty. Może to tylko sen. 
Budzę się, a Ciebie nie ma. Jest tylko jedzenie na stole. Przyjdziesz, gdy zniknie w moim żołądku.

Dziś drugi dzień głodówki za mną - dzięki, że jesteście, bo wiem, że sama nie dałabym rady. Jeszcze dwa. I ćwiczę, dziś biegałam, a wczoraj był ABS i cardio. Po zakończeniu diety MSGD, co ma miejsce we wtorek zresztą, przejdę na jakieś SGD lub coś w tym stylu. Głodówki ograniczę do 1 lub 2 na tydzień, chyba że któraś z was planuje coś większego od października lub w przyszłym tygodniu.

wczoraj 21 wrz
kawa, herbata bez i capuccino bez cukru, których nie liczę: 0
0
cardio 7 min
abs 5 min

dziś 22 wrz
kawa, herbata, cappucino, więcej kofeiny: 0
0
bieganie i maszerowanie 1 h


czwartek, 17 września 2015

12. Życie mi ucieka.

Wczoraj:
***
Miałam już tu nie pisać. Cóż, widocznie was polubiłam. Lub może to tylko przyzwyczajenie? Prawda jest taka, że czuję jak wszystko mi się wali. Nie mam kontroli, stała się ona już mitem. W rozpiskę diety nawet nie zaglądam, bo głoduję kiedy chcę. 2 razy w tygodniu dokładniej. A poza tym nawet nie liczę kalorii. Samo "zdrowie", prawda? Ci, którzy pod ostatnim postem wypisywali mi akt zgonu muszą być rozczarowani - żyję, nie umrę chyba tak szybko, ups. 

Babka na w-f mi dziś powiedziała, że schudłam. Pierdolenie. Nic nie schudłam. Moja waga lewituje sobie przy granicy 50-51 kilogramów. 50-51-52-51 i tak do zrzygania. Dosłownie. Mam dość płaczliwego głosu mojej mamy po każdym weekendzie. Myśli, że jak sobie pobłaga do słuchawki, to od razu zacznę wpierdzielać cukiereczki. Niedoczekanie. Jedyne co muszę teraz zrobić, to się ogarnąć. I zacząć liczyć te pierdolone kalorie, i pisać na blogu, i schudnąć, i uczyć się więcej, i na litość boską nie wpierdalać tyle. Trochę tego jest, co? 

Znalazłam całkiem fajną bluzę. Będzie moją nagrodą jak zejdę do 45 kilogramów. A zrobię to, nie ma lipy. Ustaliłam sobie, że 

Kończę dzisiaj:
***
mimo wszystko ciągnę dietę dalej. Jeśli któraś miałaby ochotę na 4-dniową głodówkę od poniedziałku, to zapraszam. Tylko błagam, głodówka to 0 kcal lub ewentualnie, jeśli nie liczycie, kawa i jakieś gumy. A nie jogurt, sok, owoc, ale dzień i tak zaliczony. Przynajmniej ta, którą proponuję taka nie jest.

Dzisiaj:
 3 zielone herbaty
0/0
w-f.

Cieszę się, że tu jestem. Dziękuję.

poniedziałek, 7 września 2015

11. Zero.

Rany, jak ja nie znoszę żreć. Po dzisiejszej głodówce wreszcie czuję, że żyję. U rodziny jestem na cenzurowanym, mam szlaban na bieganie rano i aktywność w ogóle. Jeśli jem na mieście, to mam przynosić paragony, paranoja. Teraz jestem pewna, że nie będę jeść, ups. Coś im nie wyszło. Jutro też na pewno będzie 0, pojutrze nie wiem jak będzie, bo mam 2 w-fy od rana, więc może wypiję kawę lub energetyka. Nieważne zresztą. W piątek już wiem, że głodówka odpada, m.in. dlatego zrobiłam dzisiaj, żeby zamienić. 

Wczoraj nie wiem ile kcal miało babcine mleko, ale ogólnie w 650 kcals raczej się zmieściłam. No i dzisiaj zero. Robię nadal squat challenge i abs.

Wracam się uczyć.
Ten post jest bez sensu.
Jeśli ktoś to musiał czytać - sorry.